Ewa i Waldemar...

„Maseczki to produkt strategiczny”

07-27-2020

W ciągu kilku ostatnich miesięcy nasze życie zmieniło się o 180 stopni, również pod względem tego, co jest nam najbardziej potrzebne. Takim artykułem pierwszej potrzeby podczas pandemii niewątpliwie stały się maseczki. W wielu stanach obowiązuje nakaz ich noszenia w miejscach publicznych, ponadto szpitale i inne placówki medyczne, kluczowe przecież, jeśli chodzi o walkę z koronawirusem, mają stałe zapotrzebowanie na środki ochronne. Tymczasem ok. 85% światowej produkcji maseczek odbywa się w Chinach, co sprawia, że nie tylko Ameryka, ale i cały świat jest uzależniony w tym zakresie od Państwa Środka.

Więcej o tej sytuacji opowiada polskie małżeństwo mieszkające na Florydzie – Ewa i Waldemar Kubiak, którzy wiosną uruchomili własną linię produkcyjną maseczek. W rozmowie z „Białym Orłem” wyjaśniają także, czym różnią się maseczki produkowane przez ich firmę, spełniające wysokie normy jakościowe, od niektórych importowanych z Chin, i jak każdy może sprawdzić sam, czy jego maseczka może chronić przez zakażeniem.

„Biały Orzeł”: Proszę pokrótce opowiedzieć o działalności Państwa firmy. Jak wpadliście na pomysł, by zająć się produkcją maseczek?

Waldemar Kubiak: Oczywiście jest to związane bezpośrednio z epidemią, jednak chciałbym podkreślić, że choć sam pomysł zrodził się niejako z potrzeby chwili, to o produkcji maseczek myślimy zdecydowanie w długofalowej perspektywie. Nie chodzi mi o to, żeby wykorzystać moment, ale jestem zdania, że dla naszego bezpieczeństwa i niezależności tu, w Stanach, powinny działać firmy zapewniające produkcję artykułów, od których uzależnione jest nasze zdrowie. Ale wracając do pytania – informacje o pierwszych zachorowaniach w Chinach pojawiły się już w listopadzie, potem, na początku roku, wirus dotarł do Europy. Już wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że Ameryka będzie następna. Wiedziałem, że w związku z tym potrzebne będą środki ochronne. Na początku chcieliśmy zorganizować import maseczek, ale w konsekwencji rozpoczęliśmy produkcję. Nie była to nieprzemyślana decyzja, wynikała z analizy tego, co działo się na rynku już na początku tego roku – a już wtedy zaczęły być odczuwalne braki. Dokonując bardziej wnikliwej analizy rynku, doszedłem do wniosku, że ok. 85% tych produktów pochodzi z Chin. Czyli my, jako Ameryka Północna, ale i w zasadzie cały świat, jesteśmy uzależnieni od producentów chińskich. W takiej sytuacji, gdy dochodzi do epidemii na taką skalę, maseczki to produkt strategiczny, produkt pierwszej potrzeby, który musi być dostarczony choćby do szpitali, żeby zapewnić bezpieczeństwo pracownikom służby medycznej. A jednak tego zabrakło – nie tylko u nas, ale i na całym świecie.

Jednak chyba niełatwo zaczynać działalność, gdy w obliczu pandemii cała gospodarka zaczęła się „zamykać”…

Ewa Kubiak: Pomysł zaczął się konkretyzować w lutym. Pochodzimy z Polski i interesujemy się tym, co dzieje się w kraju, więc mieliśmy informacje na bieżąco – widzieliśmy, co zaczyna się dziać zarówno w Polsce, jak i w całej Europie. Było tylko kwestią czasu pojawienie się tego wirusa u nas, w USA. Już w tym okresie, na przełomie lutego i marca, zaczęliśmy importować maseczki z Chin. Były to ilości hurtowe. Ich cena była o ok. 300% wyższa niż w tym samym okresie rok temu, ale trzeba zrozumieć prawo rynku – był duży popyt i brak podaży, w Chinach też te maseczki były potrzebne na wielką skalę. Ale już po pierwszych transportach do Stanów zorientowaliśmy się, że w Polsce i Europie pojawiły się doniesienia o podrabianych maseczkach, o maseczkach nie spełniających norm jakościowych.

Co to dokładnie znaczy? Czym te maseczki się różniły?

EK: Żeby to wyjaśnić, trzeba pokrótce opowiedzieć o tym, z czego składa się maseczka, która naprawdę chroni. Otóż taka maseczka powinna składać się z trzech warstw: wewnętrznej, zewnętrznej i najważniejszej – środkowej, filtrującej. Te maseczki importowane z Chin posiadały kiepskiej jakości warstwę filtrującą lub nie miały jej wcale, więc nie chroniły…

A zatem zaczęliście Państwo produkcję maseczek – takich, które spełniają wszystkie normy i naprawdę chronią przed zarażeniem?

WK: Jak wspomniałem, na początku sprowadzaliśmy maseczki i przy którejś okazji zamówiłem też półautomat do produkcji maseczek. Była to mała maszyna, nieprzeznaczona do szycia na szeroką skalę, ale chciałem bliżej poznać technologię robienia masek chirurgicznych, bo – proszę mi wierzyć – poszukiwania w USA i w Europie takiej maszyny okazały się bezowocne. Urządzenia do produkcji masek nie były dostępne do zakupu ani w USA, ani w Kanadzie. Ale skoro Chiny odpowiadają za produkcję 85% maseczek w skali całego świata, to logiczne jest, że również oni są producentami urządzeń produkcyjnych. Skontaktowałem się z jedną z tamtejszych firm, zadałem im wiele pytań, bo chciałem lepiej poznać tę technologię. Wytłumaczono mi, że to jest myśl niemiecka, kompozyty czyli podzespoły są japońsko-koreańskie, a same maszyny produkowane są w Chinach. Zacząłem bardziej szczegółowe negocjacje – ustaliłem, jaka jest cena takiej maszyny, koszt transportu, w jakim terminie zamówienie mogłoby być zrealizowane. Po dogadaniu już ceny i innych szczegółów i po wpłacie zaliczki, 48 godzin później, otrzymałem informację, że cena wzrosła – o 120%! W uzasadnieniu napisano mi, że popyt jest bardzo duży, a poza tym, żeby maszyna spełniała wymogi amerykańskie, podzespoły muszą być najwyższej jakości. Chciałem wycofać zaliczkę – ale kontrahent z Chin twierdził, że zaczęli już realizować zamówienie, więc nie mogę się wycofać. Zresztą byliśmy już nieco zdesperowani, widząc wszystko to, co się dzieje, a działo się naprawdę dużo i naprawdę szybko, choćby w Nowym Jorku, gdzie liczba chorych rosła lawinowo i wszystkiego zaczęło brakować.

Udało się Panu kupić tę maszynę?

WK: Tak, ta maszyna w końcu do nas dotarła, ale nie bezproblemowo. Wysłanie drogą morską oznaczało 8-9 tygodni czekania. Zdecydowaliśmy się więc na transport lotniczy. Maszyna już była wyprodukowana, dogadaliśmy się z firmą wysyłkową z Chin. Na podstawie wagi, gabarytów tej maszyny dostaliśmy wyliczenie kosztów transportu – ok. 4,800 dolarów. Firma produkująca zawiozła maszynę na lotnisko, w ciągu tygodnia miało to być dostarczone – najpierw maszyna miała przylecieć do Kalifornii, potem tu, do Tampy, co też się stało, ale nie bez perypetii – bo dwa dni później otrzymaliśmy „aktualizację” wyceny kosztów transportu, które wg chińskiego przewoźnika wzrosły do 14,900 dolarów! Oczywiście uzasadnieniem był duży popyt na usługi transportowe w tym okresie. Przecież nie tylko firmy prywatne, ale i rządy różnych państw w olbrzymich ilościach transportowały maseczki i inne środki medyczne z Chin. Stwierdziłem, że muszę się zastanowić, to był jednak duży koszt. Zastanowiłem się jeden dzień – po czym dostałem e-maila, że kwota za transport przesyłki wynosi już 28,000 dolarów! To była drastyczna różnica! W dodatku poinformowano mnie, że za każdy dzień zwłoki, wiążącej się z przechowywaniem przez nich tej maszyny, będą naliczane dodatkowe koszty, 250 dolarów za każdy dzień. Przeliczywszy to wszystko, stwierdziliśmy, że musimy tę maszynę jednak sprowadzić, jak najszybciej. I zapłaciliśmy tyle, ile chcieli.

To ogromny wydatek, i to na sam transport!

WK: Tak, ale wiedziałem, że te maseczki tu, na miejscu, są tak bardzo potrzebne, dlatego nie mogłem czekać. Ale firmy chińskie stosujące taki proceder podnoszenia cen niewątpliwie się wzbogaciły podczas pandemii, jednak według mnie to nie są pieniądze uczciwe. Wykorzystywali trudną sytuację.

Kiedy wreszcie maszyna dotarła na Florydę udało się Państwu uruchomić produkcję?

WK: Tak, ale w międzyczasie trzeba było jeszcze załatwić półprodukt do produkcji maseczek, które, jak wspomniałem wcześniej, powinny składać się z trzech warstw – warstwy zewnętrznej, wewnętrznej i środkowej, tej odpowiadającej za filtrację, będącej istotą całej maski. I tu kolejny „szok cenowy” – otóż jeszcze 10 miesięcy temu materiał, z którego wyrabia się warstwę filtrującą, kosztował w Chinach 4,500 dolarów za tonę. Wiosną tego roku było to już 45,000 dolarów za tonę!

Jak wyglądało uruchamianie takiej działalności w okresie, gdy już zaczynały obowiązywać różne ograniczenia wprowadzane w związku z pandemią?

EK: W pierwszej kolejności skontaktowałam się z biurem burmistrza miasta Clearwater, poinformowałam, że zamierzamy uruchomić produkcję maseczek i czy w związku z tym mogę liczyć na jakąś pomoc logistyczną, prawną z ich strony. Okazali się bardzo pomocni i chętni do współpracy. Dzięki kontaktom pracowników z biura burmistrza uzyskałam kontakt do jednego z dwóch działających na rynku amerykańskim producentów półproduktu wykorzystywanego do produkcji maseczek, o najwyższych parametrach. Co więcej, ta cena była zdecydowanie niższa niż to, co proponowali Chińczycy. Równie intensywnie miasto, jak również władze hrabstwa Pinellas, zaangażowały się w poszukiwania odpowiedniego lokalu, co również nie było takie oczywiste, bo na przykład cały lokal musi być klimatyzowany. Jesteśmy bardzo wdzięczny lokalnym urzędnikom za ich pomoc i naprawdę szybką reakcję na nasze potrzeby. Mieliśmy więc maszynę, zabezpieczony półprodukt z zaufanego źródła, odpowiedni lokal. Zaczęliśmy produkcję.

Ile maseczek obecnie produkuje Państwa firma i gdzie one trafiają?

WK: Pracujemy na trzy zmiany. Przerób dobowy to około 120-130 tysięcy maseczek. Te maseczki trafiają do dwóch dystrybutorów, którzy dostarczają je dalej do miejsc docelowych – są to gabinety lekarskie, domy opieki. Spora część masek trafia do Nowego Jorku. Noszenie maseczek wciąż jest obowiązkowe, a wciąż ich brakuje. A wiadomo, że były przypadki podrabiania maseczek, okazywało się, że nie mają atestów. Dlatego maseczki produkowane lokalnie, w Ameryce, są pewne. Mam certyfikowane półprodukty od amerykańskich firm, a obecnie czekam na atest FDA.

Dlaczego atest FDA (Agencji Żywności i Leków, ang. Food and Drug Administration – przyp. red.) jest tak ważny? I czy każdy może go uzyskać?

EK: Otrzymanie pozwolenia z FDA, która zatwierdza sprzedaż maseczek i innych wyrobów medycznych np. do szpitali, to jest żmudny – trwający ok. 9-12 miesięcy – i bardzo kosztowny proces. A uzyskanie atestu to nie koniec tej drogi, bowiem wiąże się to też z inspekcjami, testowaniem produktów, kontrolą jakości – kontrole i restrykcje są naprawdę bardzo surowe. Komisja z FDA sprawdza dokładnie, w jakich warunkach maseczki są produkowane, jak są przechowywane, czy jest data ważności, czy maseczki są sterylne. Wszystkie faktury dotyczące zakupu certyfikowanych półproduktów muszą być też ściśle zarachowane. Nasze maseczki zostały wysłane do laboratorium w Wisconsin, gdzie zostały poddane szeregowi testów.

Niektóre chińskie firmy też legitymowały się certyfikatem FDA. Jak to możliwe?

WK: Żeby może lepiej to wytłumaczyć, podam prosty przykład: rejestrując się na egzamin na prawo jazdy jeszcze się nie ma prawa jazdy, ale już się widnieje w systemie. Tak samo wygląda sytuacja z FDA – można, za opłatą, zarejestrować firmę w FDA i widnieje się wówczas w bazie danych FDA, ale to nie jest równoznaczne z otrzymaniem certyfikatu. A właśnie w ten sposób działały niektóre firmy chińskie. Przedstawiały dokument rejestracji placówki, a nie certyfikat na dany produkt. W ten sposób udało się Chińczykom sprzedać takie niby-certyfikowane maseczki rządom kilku krajów europejskich (również Polski). Tymczasem nadal bardzo dużo maseczek sprowadza się z Chin, bo po prostu nie ma skąd…

Czy jest zatem jakiś sposób, żeby sprawdzić, czy maseczka, którą mamy, spełnia normy i nas chroni, czy nie?

WK: Można to zrobić w bardzo prosty sposób. Wystarczy założyć maseczkę i powąchać kwiaty. Jeśli czuć woń kwiatów, to znaczy, że maseczka nadaje się do kosza – nie filtruje w odpowiedni sposób. Oczywiście to taki najprostszy test, który każdy może wykonać sam w domu, a certyfikowane maseczki przechodzą o wiele bardziej skomplikowane, laboratoryjne testy.

Choć na razie sytuacja wciąż jest poważna, to jednak wszyscy mamy nadzieję, że ta epidemia kiedyś się skończy. Co wtedy z Państwa firmą?

WK: Zaczęliśmy produkować maseczki i staramy się o certyfikat FDA, bo myślimy o tej działalności w zdecydowanie dłuższej perspektywie. W tej chwili epidemia nadal trwa, na Florydzie wprowadzono obowiązek noszenia maseczek, więc zapotrzebowanie też ciągle rośnie, ale tak – żyjemy nadzieją, że za jakiś czas, oby jak najszybciej, epidemia się skończy. Mimo to uważam, że maseczki to produkt strategiczny dla zdrowia i bezpieczeństwa publicznego i powinny być produkowane na miejscu, w kraju, żeby w razie kolejnej takiej sytuacji nie być uzależnionym od chińskich producentów. Poza tym są szpitale, kliniki, wiele miejsc, gdzie maseczki są i będą potrzebne non stop. I powinniśmy być w stanie je dostarczać we własnym zakresie, bez konieczności sprowadzania ich z innych krajów.

Przeważnie takie pytanie zadaje się na początku rozmowy, ale czy mogliby Państwo powiedzieć coś więcej o sobie, skąd pochodzicie i jak długo mieszkacie na Florydzie?

EK: Na Florydzie mieszkamy od półtora roku, ale w Stanach już 20 lat. Przeprowadziliśmy się z córką z Chicago. Początkowo miał to być pobyt sezonowy, od listopada do maja, ale pogoda nas tak rozpieszczała, że zdecydowaliśmy się zostać. Poza tym tu jest o wiele spokojniej, bezpieczniej niż w „Wietrznym Mieście”.

Czym kierowaliście się, wybierając tę okolicę?

EK: Długie zimy i ciągła szarówka w Chicago już nas po prostu zmęczyły... Kupiliśmy dom blisko oceanu i delektujemy się cudownym klimatem i naturą. Po wybetonowanym i wiecznie zakorkowanym Chicago wreszcie możemy oddychać pełną piersią. Wybraliśmy okolice Tampy, ponieważ jest tu duże, międzynarodowe lotnisko, mamy więc „okno na świat”. Ogólnie życie tutaj toczy się spokojniej, choć jednak się okazało, że na emeryturę jest jeszcze za wcześnie i nie możemy siedzieć bezczynnie. Oprócz produkcji maseczek zajmujemy się też organizacją wycieczek turystycznych i wynajmem lodzi w kurorcie Clearwater Beach i na naszych łodziach zawsze powiewa polska flaga obok amerykańskiej.

A jak w Państwa ocenie wygląda tu życie polonijne?

EK: Nasza córka uczęszcza do sobotniej Polskiej Szkoły w Clearwater (choć oczywiście w ostatnim okresie zajęcia odbywały się on-line). Polskie Centrum im. Jana Pawła II w Clearwater organizuje niedzielne obiady, potańcówki i koncerty, na które przyjeżdżają gwiazdy z Polski (ostatnio Lady Pank i Marcin Daniec). Jest tu liczna Polonia i podobno przeprowadza się coraz więcej Polaków z Chicago, Nowego Jorku czy New Jersey. Jest świetnie – pod każdym względem!

Rozmawiała Joanna Szybiak

wróć

Fotorelacje

Odpust św. Anny w Amerykańskiej Częstochowie

Sanktuarium w Amerykańskiej Częstochowie cieszy się od wielu lat nieustającym nabożeństwem do Najświętszej Maryi Panny, Matki Jezusa – Zbawiciela. Nie mniejszą czcią otaczana jest tu także matka Matki Bożej, św. Anna, której odpust przypadł w tym roku dokładnie w dzień jej wspomnienia, 26 lipca. Fot. czestochowa.us

zobacz inne galerie

Galerie Video

Jasełka w Webster

Liturgiczny okres Bożego Narodzenia wieńczy Niedziela Chrztu Pańskiego. Uroczystość ta w bieżącym roku przypadła w niedzielę 10 stycznia. Uczniowie i nauczyciele Polskiej Szkoły Sobotniej przy parafii św. Józefa w Webster wybrali ten właśnie dzień na zaprezentowanie tradycyjnych polskich jasełek.

zobacz inne filmy

Kalendarium

Sierpnień
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
          01 02
03 04 05 06 07 08 09
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zobacz kalendarz

Realizacja: IdeoPowered by: CMS Edito

Wszelkie prawa zastrzeżone dla BiałyOrzeł24.com